sobota, 14 stycznia 2017

Od Motoroli do iPhone - czyli historia moich telefonów.

Od Motoroli do iPhone czyli historia moich telefonów.

Wczoraj (9 stycznia) minęło dokładnie 10 lat od premiery prezentacji przez Steve Jobsa na Macworld pierwszego iPhone i to jest dobra chwila, żeby napisać coś o moich telefonach komórkowych (nie tylko o iPhone-ach). Jak u mnie zaczęła się trwająca do dziś przygoda z telefonem komórkowym? Zapraszam do lektury.

Pierwszy telefon to oczywiście domowy stacjonarny telefon, jeszcze z tarczą do wybierania numeru, był to niebieski – Telkom „Tulipan”. Pamiętam jak na moim osiedlu powstała centrala telefoniczna (analogowa oczywiście) i dostaliśmy możliwość instalacji telefonu. Wspomniany „Tulipan” otrzymaliśmy chyba z przydziału. Do wyboru był „Tulipan” lub model „Bratek” również Telkomu.

Telkom „Tulipan”

Telkom „Bratek”

To był pewnego rodzaju kamień milowy i „ucho” na świat. Choć dla mnie wtedy, kończyło się to na zadzwonieniu do sąsiada z tego samego bloku :) lub do brata ciotecznego z bloku obok. Ale już dla moich rodziców, było to już pewnie duże udogodnienie. Pamiętam do dziś mój pierwszy numer telefonu 35221. Tyle cyfr wtedy wystarczało, oczywiście z czasem i rozwojem central telefonicznych (Telekomunikacji Polskiej) i samej telefonii, dokładane były koleje cyfry z przodu numeru, a potem jeszcze numery kierunkowe zostały zaszyte w numerze, i tak ostatecznie aż do 9 cyfrowego numeru telefonu.
Telefonu stacjonarny w domu był dość długo. Dopiero kilka lat temu, przez rozwój telefonii komórkowej Mama zrezygnowała z tego „dobra luksusowego”.
W późniejszym okresie telefon nabrał i dla mnie większego znaczenia oczywiście i sferze społecznościowej (taki trochę Facebook audio) ale również i w sferze „biznesowej”.
Kolejnymi telefonami, jakie pamiętam, to były analogowe komórki CENTERTEL. Osobiście nie miałem takiego telefonu, w zasadzie to miałem, ale tylko urządzenia Nokii (Nokia Talkman 620, oraz Nokia 1610) które dostałem od znajomego zza granicy, ale ze względu na wysokość kosztów, nie zostały one nigdy przyłączone do polskiej sieci. Znałem natomiast kilka osób, które używały tego ówczesnego cudu techniki. Mój prywatny „nauczyciel” basówki" posiadał taką "analogową komórkę", dla niego, jako muzyka bezpośredni kontakt miał niebagatelne wręcz znaczenie. Oczywiście jakość połączeń nie była idealna. Choć często rozmowy przerywane były szumem, lub całkowicie były zrywane, to możliwość złapania kogoś poza stacjonarnym telefonem rekompensowała wszystkie te niedogodności.

To był czas kiedy zacząłem wyjeżdżać często za granicę. Po którymś z takich wyjazdów dla ułatwienia moich zagranicznych kontaktów, przywiozłem telefon z sekretarką i faxem, a wspomniany Telkom „Tulipan” ustąpił mu miejsca. Przekazywanie treści na papierze w porównaniu do tradycyjnej rozmowy telefonicznej zza granicą, było może mnie wygodne, natomiast ekonomicznie bardzo opłacalne (w zasadzie to taki trochę analogowy e-mail)
Pierwszy telefon komórkowy GSM poznałem w roku 1996, również dzięki znajomemu z zagranicy, był z tego co udało mi się znaleźć w internecie – Ericsson GA628 lub Ericsson GH337. Z racji częstych podróży do Polski, znajomy kupił wspomniany telefon u polskiego operatora komórkowego ERA GSM (obecny T-Mobile). Wtedy po raz pierwszy miałem możliwość korzystania z tego "dobrodziejstwa techniki". Pamiętam, że infrastruktura sieci komórkowej w naszym kraju nie była tak rozwinięta, jak wspomniany chociażby analogowy CENTERTEL, bo często traciło się połączenie podczas jazdy samochodem, ale to były wtedy pionierskie technologie w naszym kraju. Jednak samo zadzwonienie gdziekolwiek z samochodu (w którym spędzaliśmy wtedy dość sporą część dnia), a nie z budki telefonicznej, było bardzo użyteczne i całkiem niezwykłe jak na tamte czasy. 

Mój pierwszy telefon komórkowy kupiłem sobie kilka lat później, w roku 2000. Była to MotorolaT2288 Talkabout, potocznie zwana SHARK, w ofercie IDEA POP


Kupiłem go w nieistniejącym już dziś salonie w Warszawie przy rondzie Waszyngtona, za całkiem sporą, jak na moje możliwości finansowe wtedy, sumę 369 zł. W tym czasie również mój brat i moja dziewczyna kupili sobie telefony komórkowe. Brat miał identyczny model Motoroli, a moja dziewczyna (a obecnie już żona) kupiła sobie bardzo zgrabny, jak na tamte czasy model Siemensa C25, który ma do dziś. Oczywiście nie używa go, natomiast leży sobie na półce jako relikt przeszłości. Ja co prawda również posiadam swój pierwszy model telefonu, jednak nie jest to mój pierwszy telefon, a taki sam kupiony z sentymentu na allegro. 
Ówczesne telefony w porównaniu do dzisiejszych smartfonów, nie oferowały pewnie tak szerokiego wachlarza możliwości, ale one wtedy służyły jednak przeważnie do dzwonienia i do wysyłania sms-ów i w tej roli sprawdzały się wyśmienicie. Motorola w porównaniu do wspomnianego Siemensa C25 posiadała coś takiego jak WAP czyli komórkowy internet. Oczywiście nie korzystało się z niego wtedy, tak jak obecnie. Był to internet wdzwaniany i koszty połączenia (zresztą nie małe wtedy, w porównaniu do dzisiejszych taryf) były uzależnione od czasu połączenia, a nie ilości przesłanych danych. Oczywiście w czasie połączenia z internetem, nie można było równocześnie prowadzić rozmowy telefonicznej. Co do samych kosztów za połączenia, jeśli dobrze pamiętam to IDEA POP miała wtedy dwie taryfy do wyboru. Jedna uzależniona była od pory dnia, czyli połączenia między 10-18 były droższe i kosztowały chyba 3,20 zł za to w pozostałe godziny kosztowały coś ok 1,25 zł. Druga taryfa była stała przez cały dzień i wynosiła coś około 2 zł czy 2,50 zł, niezależnie od pory dnia. Można było oczywiście zmieniać taryfę dowolną ilość razy, ale wiązało się to oczywiście z dodatkowymi kosztami i nie koniecznie mogło się to opłacać (nie pamietam dokładnie, ale był to koszt ok 5 zł) więc trzeba było jednak się zdecydować na jedną z dwóch opcji. Wspomnę tylko jeszcze, że nie istniało wtedy  naliczanie sekundowe i operator przy połączeniu naliczał od razu opłatę, jak za minutę rozmowy. Przykre finansowo więc było "wbicie" się komuś na pocztę głosową, lub odebranie połączenia,  jeśli się chciało tylko "puścić głuchego" :) Dla wyjaśnienia "puszczanie głuchego" polegało na dzwonieniu do kogoś, przez czas jednego sygnału w słuchawce i rozłączeniu się zaraz. Wtedy osoba, do której się dzwoniło, słyszała tylko jeden dzwonek i miała nieodebrane połączenie, miało to na celu chyba przypomnieć tej drugiej osobie, o swoim istnieniu lub niekiedy znaczyło "oddzwoń do mnie" :) Któraś z sieci komórkowych (najprawdopodobniej była to ERA GSM) spotęgowała jeszcze to zjawisko, wprowadzając naliczanie kosztów połączenia od 5 sekundy. Więc bez strat finansowych można było "wbijać" się na pocztę głosową lub nawet zostać niechcący (czy chcący) odebranym. Wrócę jednak do wspomnianego wcześniej połączenia z internetem WAP. Był to, tak jak napisałem wcześniej, tak zwany internet wdzwaniany i z tego co sobie przypominam, koszt połączenia był chyba inny, niż za połączenia ze zwykłymi numerami w wybranej przez nas taryfie. Był jednak na tyle "nietani" jak na tamte czasy, że ja z niego korzystałem  bardzo, bardzo sporadycznie. Pamiętam jednak pewną sytuację, kiedy całe godziny spędzałem w tym komórkowym internecie. Któregoś roku mój operator komórkowy wprowadził promocję na połączenia z WAP-em i z tego co pamiętam za minutę płaciło się 1 grosz, więc 60 groszy za godzinę serfowania po "internecie" było stawką akceptowalną. Co prawda niewiele było serwisów oferujących WAP-owe odpowiedniki swoich stron WWW, więc większą część z tej promocji spędziłem w chat roomach, korespondując on-line ze znajomymi, z którymi wcześniej umawialiśmy się, na ten sam chat na odpowiednim portalu :) Ekonomicznie, była to bardziej opłacalna opcja, niż zwykła rozmowa telefoniczna czy nawet sms-y. Które w tym czasie chyba jednak były dominującą usługą, pokusiłbym się nawet może o stwierdzenie, że były zdecydowanie popularniejsze niż rozmowy telefoniczne. 
Kolejnym moim telefonem była rownież Motorola T192, która funkcyjnie niewiele różniła się od poprzedniego modelu tyle że może miała bardziej ergonomiczny kształt. 



Motorola była wtedy bardzo popularną marka na naszym rynku. Pamiętam jednym z moich wymarzonych w tamtym czasie telefonów była Motorola Timeport czy otwierana Motorola V50. Jedak dostępne były one tylko w opcji z abonamentem, a ja po pierwsze, nie bardzo wtedy chciałem się wiązać długoterminową umową z operatorem, a po drugie nie miałem stałego dochodu, więc była to znacząca przeszkoda w podpisaniu umowy abonamentowej. 
Oprócz Motoroli na rynku popularne były wtedy telefony Siemens, Ericsson i oczywiście Nokia, która najczęściej dostępna była wtedy w abonamentach, lub do zakupienia niezależnie od operatora, co i w jednym i drugim przypadku było dla mnie wtedy nieosiągalne. Moja dziewczyna nie pamiętam już w jakich okolicznościach zmieniła wtedy swojego Siemensa C25 na Ericssona T20s, był to model z klapką, który bardziej mi, niż jej przypadł do gustu, więc zamieniliśmy się na swoje telefony. Zatem kolejnym moim telefonem był Ericsson T20s. 

Funkcyjnie w porównaniu do Motoroli, był bardziej ograniczony, sam wyświetlacz, ze względu na swoją wielkość bardzo ograniczał jego możliwości. Z perspektywy czasu to chyba otwierana klapka była największą zaletą tego telefonu :) Klapka miała również i swoje wady. Z powodu umieszczenia w niej mikrofonu, ciągłe jej otwieranie i zamykanie powodowało, że czasem taśma która łączyła telefon z mikrofonem ulegała wysunięciu, a w skrajnych przypadkach trwałemu uszkodzeniu. Pamiętam że i ja spotkałem się z tą przypadłością, na szczęście trafiłem na łagodniejszą wersję, czyli wysunięcie się taśmy ze złącza. Udało mi się jednak bez korzystania z serwisu naprawić ten problem. To był też telefon, na którym zakończyłem również opcję pre-paid-owego korzystania z telefonu i zostałem niejako zmuszony, do podpisania "cyrografu" z operatorem sieci komórkowej. 
Mało skomplikowana historia spowodowała tą zmianę, a mianowicie telefon został zgubiony przy okazji "tanecznej" imprezy, po jakimś naszym koncercie, w nieistniejącej już dziś kafejce u znajomego. Próby dodzwonienia się na mój numer nie przyniosły żadnych rezultatów i telefon, a co gorsze, mój numer telefonu został już na zawsze utracony. Nie wiem jak jest teraz, ale wtedy technologia nie pozwalała na odzyskanie pre-paid-owych numerów telefonu. Ta sytuacja zmusiła mnie do podpisania umowy z operatorem (to również była IDEA) na tak zwany MIXNie był to taki typowy abonament, gdzie korzystanie z usług było nieograniczone, a opłaty naliczane są na koniec okresu rozliczeniowego, MIX polegał na tym, że zobowiązywaliśmy się do pewnej stałej opłaty miesięcznej i z tej puli korzystaliśmy z usług operatora, jeśli jednak zadeklarowana kwota nam się skończyła, mogliśmy sobie "doładować konto" kartą, jak w przypadku oferty na kartę. Miało to tę zaletę, że mogliśmy kontrolować swoje wydatki na telefon, opłaty za usługi były też niższe niż w ofercie typu pre-paid, no i najważniejsza w tym czasie zaleta dla mnie, to taka, że ceny za nowy telefon były zdecydowanie niższe niż w ofercie na kartę i tylko nieznacznie wyższe niż w ofercie abonamentowej. Przez zadeklarowanie stałych miesięcznych wpływów na konto operatora. Oczywiście im wyższa zadeklarowana kwota miesięcznego "obciążenia", tym telefon można było kupić w niższej cenie. 
Mój wybór padł wtedy na NOKIE model 3410 w kolorze żółtym.


Nowy numer telefonu został już ze mną do dnia dzisiejszego, a firma NOKIA na długie lata stała się dla mnie synonimem telefonu komórkowego i zdetronizowana została dopiero przez iPhone-a. 
Funkcyjnie nowa Nokia nie miała nic więcej, czego nie posiadała moja pierwsza Motorola, ale prostota i wygoda użytkowania tego telefonu, oraz trwała konstrukcja i bateria wytrzymująca w porównaniu do dzisiejszych smartfonów "lata świetlne", było tym czymś czym Nokia przyciągała użytkownika, czyli również i mnie. Nie pamiętam już dziś dokładnie jak długo miałem ten model Nokii i co dokładnie się z nią stało potem, ale miała chyba jakieś problemy techniczne, bo została w końcu zamieniona na model niższy, który okazał się jednak bardziej wytrzymały, przy moim użytkowaniu. Była to ciemnoniebieska Nokia 3310


Od poprzedniczki różnił ją chyba jedynie brak WAP-owego internetu i troszkę wygląd, lecz cały system operacyjny, z jego ergonomią był identyczny, więc nie musiałem zmieniać swych przyzwyczajeń i nawyków. Z tego co pamiętam, Nokia 3310 była kupiona już na rynku niezależnym, a nie od operatora, chyba w jakimś komisie. To była wręcz niezniszczalna konstrukcja telefonu. Wielokrotne upadki, nie robiły na niej zupełnie wrażenia, niejednokrotnie rozpadła się na wszystkie możliwe kawałki, a po złożeniu działała, jak by nic się zupełnie nie wydarzyło. Do dziś bardzo dobrze wspominam ten telefon i nawet ostatnio udało mi się zakupić na allegro dokładnie taki model telefonu, w takim samym kolorze i wciąż działa jak należy, oczywiście jako telefon. Z ciekawych funkcji tego telefonu to oczywiście gra Snake (popularny wąż), słownik T9 pozwalający pisać SMS-y bez wielokrotnego wciskania pojedynczego klawisza aby uzyskać pożądaną literę. Można było bardzo szybko pisać w ten sposób, nawet bezwzrokowo. Kolejną funkcją wyróżniającą Nokie był kompozytor melodii, za pomocą tekstowego trybu można było pisać nuty określało się wartość rytmiczną i nazwę literową dźwięku, ze wskazaniem odpowiedniej oktawy (w zależności od wielkości znaku litery). Znając zapis nutowy można było sobie "skomponować" dzwonek jaki się tylko zamarzyło :) 
Topowym modelem Nokii, z tamtego okresu to była 6310i posiadająca IrDA, bluetooth i inne wszelkiem możliwe dobrodziejstwa, jednak wciąż oparta była na tym samym, niezawodnym systemie operacyjnym, jedynie podświetlenie wyświetlacza było w niebieskim kolorze. Niestety nigdy nie miałem takiego telefonu. W tym okresie, mniej więcej był to rok 2005 moi rodzice również zaczęli korzystać z telefonów komórkowych. Mamie opanowanie telefonu (Nokii 6030 już z kolorowym wyświetlaczem) przyszło łatwiej, niż tacie i z powodzeniem do dziś dnia używa, co prawda, dalej prostej nokii z klawiaturą, ale tego typu telefon spokojnie zaspokaja jej potrzeby. Tata trochę trudniej przyswajał sobie nową technologię i w zasadzie używał telefonu sporadycznie i tylko do dzwonienia. Mial "spadkowe" telefony od mojego brata, najpierw płaskiego Ericssona R320s,(który posiadał fenomenalny Tetris), ale ten telefon ze swoim zawiłym "interfejsem użytkownika" nie przypadł Tacie do gustu. Trochę lepiej radził sobie z Nokią 5110. Sprawności w posługiwaniu się telefonem, jak również i SMS-ami nabrał dopiero gdy przesiadł się na Nokię, taką jaką miała również Mama, czyli wspomniany model 6030. Niestety nie doczekał rozwoju technologi komórkowej, a Nokia 6030 była jego ostatnim telefonem.

W tym czasie (mniej więcej lata 2005-2006) ja również zmieniłem swoją wysłużoną Nokię 3310 na telefon z kolorowym wyświetlaczem i pakietowym internetem, oczywiście również Nokię, model 6610i. 

Ten model Nokii posiadał już aparat fotograficzny i możliwość wysyłania wiadomości multimedialnych MMS. 

Oprócz używanego przeze mnie wtedy telefonu komórkowego, niebagatelne znaczenie miały również telefony stacjonarne, a zasadzie "budki telefoniczne". 
Znajoma wyjechała za granicę i utrzymywanie z nią kontaktu, ze względu na koszty, ograniczało się w zasadzie do kilku SMS-ów dziennie, ale chęć rozmowy, wymuszała poszukiwania nowych rozwiązań. I tu wkracza właśnie wspomniana budka telefoniczna, a w zasadzie tzw. "telefoniczny aparat samoinkasujący",(ciekawy artykuł znalazłem pod tym linkiem). Ale zanim napiszę o samych automatach telefonicznych, nakreślę jeszcze jak radziliśmy sobie w utrzymaniu kontaktu, przy pomocy telefonów komórkowych.

Tak jak wspomniałem znajoma była za granicą (ale posiadała również swój polski numer telefonu), aby ograniczyć koszty, ja pisałem SMS-y na jej polski numer telefonu, ale ona miała wtedy wyższy koszt w porozumiewaniu się ze mną, dlatego wysłała mi zagraniczną kartę pre-paid którą ja miałem w drugim telefonie (w mojej wysłużonej Nokii 3310) i tak stworzyliśmy "tanie połączenie" SMS-owe do siebie. 
Ja wysyłałem do niej SMS-y na Polski numer, a ona odpisywała mi na mój numer zagraniczny i w ten sposób i ja i ona płaciliśmy za SMS-y "lokalnie" według stawek swoich operatorów. 
Niestety rozmowy telefoniczne obarczone były (zresztą tak jak i dziś) dodatkową opłatą roamingową. Więc nie było by już tak tanio, nawet dzwoniąc do siebie na numery "swojego" aktualnie kraju. I tu z pomocą przyszła budka telefoniczna, choć w zasadzie mógł to być jakikolwiek numer stacjonarny (komórkowy również), ale ze względów zachowania prywatności, jak i kontroli kosztów, były to jednak budki telefoniczne. 
Standardowe koszty zagranicznych rozmów telefonicznych, choć niższe niż połączenia komórkowe, nie były jednak wystarczająco tanie, aby prowadzić dłuższe rozmowy, z pomocą jednak przyszły karty typu TELEGROSIK (zresztą działają do dziś). Była to karta o pewnej wartości, która pozwalała przez numer dostępowy dzwonić taniej za granicę. Dzwoniło się na polski numer dostępowy, wpisywało się numer karty i pin, a następnie, zapewne przez internetowe łącza typu VoIP, dodzwaniało się na jakiś numer w danym kraju i dalej połączenie było realizowane już lokalnie. W zasadzie zasadza działania miała dla mnie wtedy mniejsze znaczenie, niż to że mogłem rozmawiać z zagranicą nawet po kilka godzin. Pamiętam że była też promocja, że od którejś minuty połączenia było taniej, czy że od 10 do 30 minuty rozmowa była za darmo. Dziś już nie pamiętam, na czym dokładnie polegała ta promocja natomiast pozwalała na zdecydowanie dłuższe połączenia z zagranicznymi numerami.

Co do wspomnień o samych budkach telefonicznych, to pamiętam te wielkie tzw. aparaty wrzutowe, których w moim mieście nie było aż tak wiele. Na pewno były przy poczcie głównej, na poczcie przy dworcu PKP jak i na samym dworcu również, oraz kilka rozsianych po mieście (na głównym placu miejskim). 


Bardzo dobrze pamiętam jeszcze jeden automat telefoniczny, umieszczony w Szkole Muzycznej do której wtedy uczęszczałem. W głównym budynku szkoły mieścił się również żeński internat i automat najczęściej oblegany był przez dzwoniących do rodzinnych domów, uczniów szkoły. Oni z drogimi połączeniami radzili sobie jeszcze w zupełnie inny sposób, na tak zwanego "pstrykacza" :) 

Przypadkowo na dokładny opis metody "pstykacza" trafiłem szukając obrazków z automatami telefonicznymi pod tym linkiem

W zasadzie można było by podciągnąć ich pod określenie Freekera, choć bardziej znana im była zasadza korzystania ze wspomnianego "pstrykacza", niż system telekomunikacyjny.
Wielkie telefony w końcu zostały zastąpione mniejszymi, na początku również posiadły tarczę do wybierania numeru, a z czasem i w tych nowych mniejszych i poprzednich większych, tarczę zamieniono na klawiaturę numeryczną. 




Co do monet wrzucanych do automatu, pamiętam że były one zastąpione przez pewien okres żetonami, oznaczonymi literami A, B i C, a z czasem (po denominacji) znów powrócono do monet. 

Ale dopiero kolejne automaty, były według mnie przełomowymi, czyli te niebieskie na kartę magnetyczną. 

Nie posiadały one otworu do wrzucania monet, a jedynie szczelinę na wsunięcie karty z paskiem magnetycznym, na którym była zakodowana odpowiednia ilość impulsów. Znałem, bardziej z opowieści niż praktyki historie o naklejaniu na zużyty pasek magnetyczny, taśmy z magnetofonu czy magnetowidu, ale tak jak i wtedy tak i dziś wydaje mi się to trochę bajką, choć może ziarnko prawdy w tej opowieści można by znaleźć, w końcu to pasek magnetyczny i teoretycznie można go namagnesować w dowolny sposób impulsami elektrycznymi. Więc może coś w tym było prawdziwego. Znałem również historie o tańszych "lewych" kartach magnetycznych, które się dało kupić na "czarnym rynku", ale również nigdy się z taką naocznie nie spotkałem. 

Poza wspomnianym epizodem z rozmowami zagranicznymi przy użyciu TELEGROSIKA, generalnie bardzo rzadko korzystałem z automatów telefonicznych, choć pamiętam, ze zawsze miałem przy sobie jakąś kartę telefoniczną, w razie nieprzewidzianych okoliczności. Ale nawet w czasach przedkomórkowych, korzystałem jedynie, wtedy gdy wyjechałem gdzieś dalej poza dom, żeby zadzwonić że dojechałem i wszystko jest ok. 

Wrócę jeszcze tylko na chwilę do niebieskich automatów telefonicznych, które nie pamiętam czy od samego początku (wydaje mi się że dopiero później to wprowadzono) posiadały pewną przełomową funkcję, czego nigdy wcześniej nie miały tego typu automaty, a mianowicie automat posiadał swój numer, na który można było zadzwonić, jak na dowolny inny telefon stacjonarny. 


Kolejnym modelem automatu który pamiętam był srebrny automat, również na karty telefoniczne z tym że tu już można było używać kart "chip-owych", czyli zamiast impulsów zakodowanych na pasku magnetycznym, kodowanie odbywało się w chip-ie karty (rozwiązanie stosowane do dziś na przykład w kartach bankomatowych). 
Z czasem te automaty zostały również zastąpione modelem typu "Jajko", a ostatnie automaty jakie pamiętam to żółte.







             






Nie wiem jakie było kryterium wymiany automatów, na nowy model, ale często można było spotkać obok siebie automat na żetony (czy monety), a obok ten na kartę. Lub na kartę magnetyczną, a obok ten już na kartę chip-ową. Taka niejednorazowa wymiana aparatów miała  pewną zaletę, że nie byliśmy zobligowani tylko do jednego "formatu", a mieliśmy wybór czy skorzystać z monet, (czy żetonów) czy z kart. Znając jednak życie, to akurat wtedy kiedy potrzebowaliśmy automatu na żetony, w okolicy były tylko te na karty magnetyczne, a kiedy mieliśmy akurat kartę, to jedyny automat, który udało nam się znaleźć, to był akurat ten na żetony. 
Na szczęście to już były czasy kiedy telefony komórkowe były na tyle popularne, że korzystanie z budek i automatów telefonicznych powoli stawało się mało popularne. 

Wróćmy jednak do tematu "komórek". Tak jak wspomniałem, byłem wtedy posiadaczem "kolorowej" Nokii 6610i. Używanie jej jak i poprzednich Nokii nie sprawiało żadnych kłopotów, intuicyjność była wciąż na wysokim poziomie, dodatkowe funkcje tylko rozszerzały możliwości w  codziennym użytkowaniu. Aparat fotograficzny, jak na dzisiejsze standardy był raczej kiepski, natomiast sama możliwość zrobienia zdjęcia w każdych okolicznościach, mając go zawsze ze sobą, była już czasem na wagę złota. Pakietowe przesyłanie danych umożliwiało proste przeglądanie stron w wersji "lite" i czasem nawet z tego korzystałem, traktując to jednak raczej jak pewnego rodzaju ciekawostkę, niż coś czego używałem na codzień. Nokię 6610i mam zresztą do dziś i to dokładnie ten mój egzemplarz. Służył mi dość długo, pamiętam że jeszcze po przeprowadzce do Warszawy, czyli jeszcze w rok 2007 go używałem.

Kolejny telefon, jaki kupiłem służył mi chyba najkrócej. Była to oczywiście Nokia, model 5200 Xeprss Music i kupiłem go chyba juz w abonamencie. 


Koncepcja samego telefonu była całkiem niezła, natomiast samo wykonanie już trochę gorsze. Był zaprojektowany jako prosty telefon z przejrzystym menu (system nokia s40), z przeznaczeniem jako odtwarzacz muzyki (posiadał dodatkowe klawisze obsługujące bezpośrednio programowy odtwarzacz). Konstrukcja przesuwającego się ekranu w raz z przyciskami funkcyjnymi do góry, odsłaniała na drugiej części obudowy, ukryte pod ekranem klawisze. To było całkiem sprytne rozwiązanie, ale taka jak wspomniałem, jakość wykonania powodowała że telefon "nabierał luzów" podczas użytkowania. Spasowanie obudowy dawało również wiele do życzenia. Mnie natomiast spotkała jeszcze inna przypadłość tego telefonu, przestał działać głośnik, nie wiem czy coś nie stykało z powodu częstego używania słuchawek, czy po prostu "padł" głośniczek, nie zgłębiałem tego tematu i sprzedałem telefon w takim, jak był stanie. 
Pomysł Nokii na ten model był całkiem dobry, natomiast tak jak wspomniałem, wykonanie już miało wiele do życzenia. Potrafił nagrywać filmy video (jakość była oczywiście dość słaba), ale filmy dało się nagrywać, był odtwarzaczem i coś co bardzo ułatwiało życie, czyli slot na kartę mikro SD, na której można było przechowywać, zdjęcia, filmy i muzykę. 
Wcześniej dostęp do danych telefonu odbywał się w zasadzie przez specjalny kabel Nokii DKU-5 (dość drogi wtedy), były oczywiście zamienniki, ale potrzebowały innego dodatkowego oprogramowania, gdyż nie działały z programem Nokia PC Suite. Program Oxygen Manager potrafił dużo więcej "wydobyć" z telefonu, ale dane był zupełnie niekompatybilne z danymi z programu Nokia PC Suite. Ten model telefonu, nie potrzebował ani kabla, ani programu, gdyż mieliśmy bezpośredni dostęp do danych na karcie micro SD. Posiadał też wszystkie możliwe "porty" komunikacji bezprzewodowej IrDA, bluetooth. Nie miał niestety tylko WI-FI. Nie miałem wtedy w domy własnego internetu, łączyłem się czasami przez GPRS w telefonie, ale nie było to opłacalne rozwiązanie, dlatego gdybym posiadał w telefonie moduł WI-FI mógłbym korzystać z publicznych hot-spotów które wtedy zaczęły się pojawiać. Pretekstem do zmiany telefonu, na taki który posiadał już WI-FI, był właśnie ten uszkodzony głośniczek w Nokii 5200. Nie naprawiałem go tylko sprzedałem, dołożyłem jeszcze całkiem pokaźną kwotę i zakupiłem jak na moje potrzeby fenomenalny telefon (oczywiście że Nokię) model E65

Była konstrukcją zbliżona do swojej poprzedniczki (Nokii 5200) jednak jakość wykonania tu była na bardzo wysokim poziomie, telefon nie był wykonany z plastiku i mocowań w postaci zaczepów, lecz konstrukcja była oparta o części wykonane z metalu i skręcana na śrubki. Oczywiście telefon został zaprojektowany dla zupełnie innego rodzaju odbiorcy, gdyż cała seria E była ofertą Nokii dla biznesu. Telefon posiadał symbiana 9.1 i jeden z najlepszych interfejsów użytkownika jaki stworzyła Nokia, czyli Series60 3rd. Był to bardzo wygodny i intuicyjny interfejs w użytkowaniu. Telefon posiadał dokładnie wszystkie funkcje poprzedniego mojego modelu, z tym że tu już jakość i zdjęć i filmów była zdecydowanie lepsze i  już wtedy akceptowalna. No i najważniejszy wtedy dla mnie element czyli moduł WI-FI (posiadał również modem 3g, więc można było korzystać z internetu nie tylko przez WI-FI). Jedynie brak czego można by było mu zarzucić, to to, że nie miał funkcji udostępniania Internetu - czyli HotSpotu WI-FI. Internet w telefonie był jak na ówczesne moje możliwości finansowe dość drogi, dlatego częściej jednak starałem się korzystać z publicznych WI-FI. Najczęściej w drodze z pracy do domu, zatrzymywałem się w Empiku na Marszałkowskiej, gdzie można było właśnie z takiego punktu WI-FI skorzystać. 

W końcu i z brakiem punktu dostępowego w telefonie również sobie poradziłem. Podpisałem umowę z siecią PLAY na internet w abonamencie oraz modem 3G Huawei e173, przez co nie byłem już uzależniony od publicznych punktów WI-FI, za to coraz częściej zacząłem wozić wszędzie ze sobą laptopa. Zawsze coś kosztem czegoś. Na szczęście Macbook bez problemu udostępniał WI-FI z modemu 3G, więc będąc w pobliżu mogłem korzystać z internetu już w Nokii. 

Z perspektywy czasowej, był to dla mnie telefon idealny, posiadał dokładnie wszystko co zaspokajało moje ówczesne potrzeby, a nawet więcej. Bez problemu komunikował się z komputerem (nawet z Macbookiem) i był wręcz niezniszczalny w swojej konstrukcji. 
Pamiętam jak po sprzedaży Nokii 5200 szukałem optymalnego dla siebie wtedy telefonu, przeszukując internet "wszerz i wzdłuż", oczywiście który by nie nadwyrężył zbytnio mojego budżetu i znalazłem właśnie idealne rozwiązanie w postaci tego właśnie modelu. Używałbym pewnie tego telefonu dłużej, ale jak mawiają niektórzy, wszystko co dobre, szybko się kończy, lub jeszcze inni, że historia lubi się powtarzać. Co prawda nie tak szybko, ale jednak historia się powtórzyła i po raz drugi zgubiłem telefon. Musiał mi albo wypaść, albo zostawiłem go gdzieś w pracy i komuś się "spodobał", nie mówię tu o kolegach z pracy, tylko o klientach, gdyż pracowałem wtedy w dużym salonie sprzedaży, więc po prostu ktoś mógł wykorzystać okazję. No trudno, tak widocznie musiało być, gdybym go wtedy nie zgubił, historia moich telefonów potoczyła by się zupełnie inaczej. Na szczęście mój numer dało się już bez problemu odzyskać u operatora, więc przynajmniej tyle korzyści. Natomiast telefon musiałem kupić już nowy. Nie pamiętam co mną kierowało, żeby nie kupić ponownie Nokii E65, może obawa, że znów zgubię, a być może dlatego ze na rynku pojawiły się już telefonu z ekranami dotykowymi i może taki zapragnąłem mieć i ja. Dziś już nie pamiętam (być może uda mi się znaleźć dokumenty), ale przypuszczalnie poszedłem do salonu ORANGE i przedłużyłem umowę, a w zamian otrzymałem telefon w przystępnej cenie. Wybór padł (po raz kolejny) na Nokie 5800 Xpress Music


Podobnie jak mój poprzedni model "odtwarzacza audio" z funkcją telefonu Nokii była to również plastikowa konstrukcja, z tym że nic się w niej nie przesuwało, więc istniało mniejsze prawdopodobieństwo że się coś popsuje. Spasowanie elementów, też nie było takie jak w modelach biznesowych serii E, ale ten telefon miał inne przeznaczenie. Sam ekran w porównaniu do dzisiejszych "dotyków" był raczej toporny w użytkowaniu, a sam system Symbian 9.4 z interfejsem użytkownika s60 5th edition radził sobie z nim również średnio. Do obsługi dotykowego ekranu, używało się plastikowego rysika wsuwanego w specjalną szczelinę z boku telefonu. Sam telefon czasem chwilę "myślał", jak ma zinterpretować dotknięcie ekranu właśnie w tym miejscu i jaka do tego obszaru przypisana jest funkcja, ale generalnie dało się spokojnie z niego korzystać. Posiadał z zasadzie wszystkie funkcje poprzednika, ale również nie miał możliwości utworzenia Hot Spotu WI-FI :) ale tak jak pisałem wcześniej, do tego używałem laptopa z modemem 3G. Używałem tego telefonu jeszcze po zmianie mojej pracy, czyli na pewno był to koniec 2010 roku, a wydaje mi się że nawet na początku roku 2011. 

To była moja ostatnia NOKIA potem nastąpiła "era iPhone-a"

Nie pamiętam światowej premiery pierwszego iPhone-a, docierały do mnie jedynie jakieś informacje w internecie, że coś takiego miało miejsce.

Konferencja Mac World z 9.01.2007 roku - link).



W Polsce oficjalnej sprzedaży tego modelu nigdy nie było. Za to pamiętam dobrze Polską premierę sprzedaży drugiego iPhone-a, czyli modelu 3G. Mieszkałem jeszcze wtedy po wschodniej stronie Wisły i wracaliśmy z moją dziewczyną wieczorem do domu tramwajem. A przed salonem ORANGE na Targowej widzieliśmy tłum. Okazało się że to była akcja sprzedaży iPhone-a w Polsce (link do ciekawego artykułu na ten temat - link). Kolejne moje spotkanie z tym telefonem, odbyło się podczas kursu programu Apple Logic, organizowanego przez przedstawiciela Apple w Polsce. Większość uczstników to byli sprzedawcy ze sklepów iSpot, więc naturalne dla nich było mieć iPhone-y. Nie do końca wtedy przekonywał mnie ten telefon, który posiadał, nawet w porównaniu do mojej, "nie topowej" Nokii wiele ułomności. Pierwszy model nie mial jeszcze transmisji opartej o sieć 3G, nie mógł wysyłać też MMS-ów. Dopiero za chwilę miało się to wszystko zmienić, ale wtedy jeszcze widziałem w nim wiele wad.

Przełomowym dla mnie był rok 2011, to wtedy porzuciłem markę Nokia na rzecz iPhone i tak jest już do dziś. Rynek telefonów komórkowych został już zdominowany przez smartfony a moja Nokia zdążyła się już zestarzeć i troszkę zdezaktualizować, no i już mi się znudziła. Miałem już wtedy Macbooka, coraz bardziej zaczynałem "wkręcać" się w Apple, naturalnym więc stało się myślenie o zmianie telefonu na iPhone-a. Sam iPhone już nie był tak "ubogi" w funkcje jak pierwszy model. Był już iTunesStore wypełniony po brzegi aplikacjami, których za to coraz mniej było w sklepie Nokii. Z tego co pamiętam, po sporej dawce internetowych informacji o różnych telefonach ostatecznie pozostały do wyboru trzy: Samsung Galaxy (chyba S2), Nokia N8 i iPhone 4, który już był od roku na rynku. Oczywiście kierowałem się w stronę telefonu od Apple, ale był on chyba najdroższy wtedy z całej trójki, dlatego rozważałem jeszcze dwa inne. Rozejrzałem się również w przysługujących mi ofertach od operatora i po długich rozważaniach, przedłużyłem  umowę i zakupiłem....... SAMSUNGA GALXY S2. Tak, Samsunga. :) To była dla mnie wtedy najkorzystniejsza oferta, którą zaproponował mi mój operator, żaby stać się posiadaczem iPhone. Zakupiłem za najniższą cenę ten telefon od Orange (być może była to złotówka, czy równie niska kwota), aby go sprzedać na znanym portalu aukcyjnym i uzyskać odpowiednią kwotę na zakup wymarzonego iPhone-a. Tak właśnie się też stało. Samsung sprzedał się bardzo szybko za cenę pozwalającą mi kupić mi nowiutkiego, zafoliowanego jeszcze, czarnego iPhone-a 4 16GB. 


Po pierwszym włączeniu, zaktualizowaniu i zsynchronizowaniu się z iTunes i tymi wszystkimi wstępnymi konfiguracjami, ukazał mi się ekran z ikonami, zupełnie inny niż w znanych wcześniej telefonach. Ekran był większy, ale telefon poręczniejszy, przez swoją grubość (a raczej "nie grubość") i reagujący na dotyk idealnie, bez opóźnień, telefon nie "myślał", co ma zrobić, po prostu wykonywał tę czynność bezzwłocznie. Całości dopełniało idealne dobranie i spasowanie materiałów typu szkło i metal. Używanie tego telefonu było zupełnie innym doznaniem, niż wszystkich poprzednich moich telefonów. Oczywiście psychiczne nastawienie na iPhone-a i "zainwestowane" w niego pieniądze miały również niebagatelne znaczenie, ale to naprawdę był zupełnie inny poziom użytkowania telefonu. Przeniesienie danych z Nokii, też nie było bardzo skomplikowane, z tego co pamiętam chyba po bluetooth przeniosłem dane z Nokii, do książki w Macbooku, potem resztę w iPhonie zrobił iTunes. Nie miałem najmniejszych problemów ze zmianą "platformy", zainstalowany był w nim iOS6 ze swoimi "wypicowanymi" ikonami, wszystko było intuicyjne, nie trzeba było się zastanawiać, do czego co służy i co trzeba zrobić, po prostu się to robiło. Moja dziewczyna nadal miała Nokię i mówiła, że ona by się chyba nie odnalazła w tym nowym środowisku, miała wtedy Nokię 6300 i to jej w zupełności wystarczało, zresztą przyzwyczajona była również, do tego prostego interfejsu Nokii, a iPhone z mnogością funkcji i dotykowym ekranem, oraz większym rozmiarem, troszkę ją przerażał (ale to miało się zmienić już niebawem). W końcu w jej Nokii padł z tego co pamiętam, albo mikrofon, albo głośnik, na pewno coś z dziedziny audio i telefon prawidłowo działał tylko z zestawem słuchawkowym. Żeby trochę oswoić ją z dotykowym ekranem kupiłem jej Nokię C3-01.Konstrukcja była podobna do Nokii 6300, z tym że telefon posiadał ekran dotykowy i część funkcji działała z tego poziomu. Niestety telefon wytrzymał około dwa miesiące i ekran przestał reagować na dotyk. Ja wtedy od dłuższego już czasu używałem iPhone i stwierdziłem, że czas żeby i moja dziewczyna zmieniła w końcu Nokię na "normalny telefon". Kupiłem jej wtedy używanego iPhone 3GS i zadziałało. Do dziś również i ona używa tylko telefonów z logiem nadgryzionego jabłka. iPhone 4 służył mi przez 2 lata, generalnie od momentu używania telefonów Apple, cykl wymiany (oprócz oczywiście wyjątkowych sytuacji) to mniej więcej dwa lata, ze względu na to, że na taki okres przedłużam umowy u operatora swojej sieci komórkowej. Kolejnym moim iPhone-m był iPhone 5.


Nie był jednak zakupiony u operatora. Kupiłem go również nowiutkiego zafoliowanego w komisie, gdyż znów trzeba było troszkę pokombinować, żeby mieć iPhone w dobrej cenie :) Możliwość przedłużenia umowy i uzyskania ciekawej oferty od operatora, zbiegła się w czasie z taką możliwością u mojej dziewczyny, więc mieliśmy szersze pole do popisu. Ja kupiłem nowego iPhone 4 8GB (w promocyjnej cenie 9 zł), który do użytku oddałem swojej dziewczynie, a ona  zakupiła jakiś inny, "najbardziej opłacalny" telefon, nawet nie wiem jaki to był telefon, gdyż już w momencie zakupu telefonu wystawiłem na allegro i olx i tego samego dnia się sprzedał. Mój poprzedni iPhone również trafił do sprzedaży i też nie musiałem długo czekać na sfinalizowanie transakcji. Stało się to nawet na tyle szybko, że w końcu zostałem zupełnie bez telefonu. Na szczęście był jeszcze poprzedni iPhone 3GS, którego sprzedałem dopiero po zakupie nowego iPhone-a 5. A że przenoszenie danych między iPhone-ami sprowadzało się do wpisywania apple ID, to nie miałem zupełnie ciśnienia, na "zakładkowe" sprzedawanie telefonu. W końcu po wszystkich tych handlowych zabiegach dysponowałem odpowiednią kwotą na zakup nowego iPhone-a 5. W używaniu telefonu nie zmieniło się zupełnie nic, co prawda iOS był już z nowymi "płaskimi" ikonami, rozszerzoną funkcjonalnością, a sam telefon z szybszym procesorem, no i większym ekranem, ale samo używanie było dokładnie takie samo, zresztą tak jest w zasadzie, ze wszystkimi produktami Apple. Niestety nie nacieszyłem się nim długo. Tym razem jednak nie zgubiłem go, a utopiłem w rzece. Pojechaliśmy ze znajomymi z pracy na kajaki, a połączenie kajaka z telefonem w kieszeni bez zabezpieczenia przed wilgocią, to nie był najlepszy pomysł i skończyło się w wiadomy sposób, kajak się wywrócił i wpadliśmy do wody, ja i iPhone. Ja jakoś przeżyłem, gorzej z telefonem, zawiborwał tylko kilka razy i padł. Ten model jeszcze nie był wodoodporny, nie dało się go również rozkręcić i wysuszyć. Kiedy trochę przeschnął, "obudził się " pod trzech godzinach, ale już słabo reagował na cokolwiek. Pod ekran też dostała się woda, więc pojawiły się jakieś plamy i przebarwienia. Po powrocie do domu próbowałem jakiś internetowych metod, na wskrzeszenie zalanego iPhone-a, suszarka, ryż, i inne "cuda" i niby to pomogło, jednak nie przywróciło mu pełnej funkcjonalności. Zawieszał się, często ekran przestawał reagować na dotyk. Zapadła więc decyzja o sprzedaży, jako uszkodzony i za namiastkę wydanej na niego kwoty znalazł nowego właściciela, który nawet jeśli troszkę w niego zainwestował, to i tak nabył go całkiem okazyjnie. Jeszcze przed sprzedażą iPhone-a 5, żeby mieć jakikolwiek telefon, który nie denerwował by mnie podczas używania, zakupiłem w komisie używanego iPhone 4s czyli poprzedni model. Ten w pełni spełniał moje oczekiwania, brak LTE nie przeszkadzał tak bardzo, a do większego ekranu nie zdążyłem się na tyle przyzwyczaić, że "na szybko" kupiony iPhone 4s został ze mną do końca zawartej uprzednio umowy z moim operatorem. Mój "nowy" iPhone 4s, również miał nieprzyjemną przygodę, tym razem rozbiłem mu ekran. Na szczęście koszt wymiany nie był wysoki, a dużo bardziej opłacalny niż kolejna "handlowa", wymiana na nowy model, więc telefon otrzymał nie dosyć że nowy ekran, to jeszcze nowiutką baterię. I tak odnowiony dotrwał do końca mojego poprzedniego zobowiązania abonamentowego u operatora. Co prawda na koniec naszej współpracy wydajność spadła bardzo, no ale cóż, technologia gnała do przodu i wszystko było optymalizowane pod nowy iOS i nowego wtedy iPhone-a 6 (rok 2014). Doczekałem na ostatnich siłach do końca mojej umowy i przy przedłużeniu zakupiłem w promocyjnej ofercie i tym razem bez żadnych dodatkowych kombinacji nowiutkiego iPhone-a 6 16GB space grey. 

Nowy, jeszcze większy i bardziej płaski. Chwilę to trwało, zanim zaakceptowałem ten nowy rozmiar telefonu. Może gdybym przesiadał się z "piątki" było by mi łatwiej przejść z ekranu 4" do 4,7", ale przesiadałem się z 3,5" ekranu, więc to mogło troszkę zaskoczyć. Zastanawiałem się nawet, czy może nie zmienić tej "6" na mniejszego "5s-a", ale nie chciałem już zmieniać jak poprzednio generacji iPhone-a w dół. Został więc ze mną ten nowy format iPhone 6 i okazało się że podobnie jak pierwsza moja "czwórka" był bezproblemowo sprawującym się telefonem przez kolejne dwa lata. W tym czasie zwiedził ze mną i europejskie i amerykańskie Apple Story. Co prawda pod koniec swojego okresu wymiany, czyli po dwóch latach od listopada 2014 roku, musiałem go już ładować przynajmniej dwukrotnie w ciągu dnia, ale co prawda przy dość intensywnym używaniu. Bateria prawdopodobnie swoje pierwotne „właściwości” straciła właśnie, podczas podróży, gdzie z powodu braku możliwości, kilkukrotnie doprowadziłem do całkowitego jej rozładowania. To w zasadzie jedyna zauważalna dla mnie wada tego telefonu. Inne dotyczące i funkcjonalności samego iOS-a czy "ograniczenie" systemu w stosunku do Androida, zupełnie do mnie nie trafiają. Wciąż uważam że to jest pewnego rodzaju filozofia Apple i samego Steve-a, że tak jest to zrobione w iPhonie i w iOS-ie, a nie inaczej i albo to akceptujemy, albo szukamy alternatywy. Nikt nas przecież nie zmusza, żeby używać czegoś co nam nie odpowiada, czy nie pasuje. A że mi odpowiada ta filozofia świadczyć może to, że kolejnym telefonem kupionym w zasadzie zaraz po premierze w listopadzie 2016 roku był iPhone 7, który jak to mawiają niektórzy, nie ma nawet "mini jack-a". Szerzej o tym napisałem wcześniej na blogu, przy okazji ostatnich premier Apple, więc może nie będę tego powielał.

Po kilku miesiącach używania iPhone 7 stwierdzić mogę tylko tyle, że było to bardzo dobre posunięcie. Ekran 3D touch którego nie miałem w "szóstce" jest czymś, bez czego dziś nie wyobrażam sobie używania telefonu, "niefizyczny" przycisk Home, według mnie też jest bardzo dobrym rozwiązaniem, a brak "mini jack-a" zupełnie mi nie przeszkadza. No i kolejna sprawa to wodoszczelność, nie chciałbym bardzo sprawdzać użyteczności tej funkcji, ale jeśli już jest, to troszkę jestem spokojniejszy o los telefonu. Pozostaje jeszcze możliwość zbicia ekranu, ale jak mawiają "nauka" nie poszła w las i od feralnego zdarzenia z iPhonem 4s kolejne, moje iPhone-y mają już wykupione ubezpieczenie u operatora na taką okoliczność, więc można spać spokojnie. Mam obecnie jeszcze jeden dodatkowy telefon na Androidzie, który służy mi w zasadzie tylko jako nawigacja w samochodzie. Wcześniej był to LG Swift L5, a obecnie wymieniłem go na ACER-a Liquid Z205P. To oczywiście proste i dość stare telefony, więc o wydajności można tylko pomarzyć, ale „intuicyjność” Androida jest dla mnie totalnie niezrozumiała. Może to kwestia przyzwyczajenia do iOS, ale raczej zamęczył bym się, używając systemu od Google. Tak wygląda moja historia telefonów komórkowych (ale i nie tylko). Z perspektywy czasu mogę stwierdzić że w zasadzie tylko trzy firmy wywarły na mnie wpływ. Motorola, Nokia i Apple. Czy będzie kolejna? Nie wiadomo? To również firmy, które w swoich najlepszych latach dyktowały trendy na rynku. Motorola w zasadzie była pionierem telefonów komórkowych (do dziś pamiętam reklamę CENTERTEL-a w polskiej telewizji i jej głównej bohaterki - analogowej Motoroli DynaTAC) Niestety Motorola nie przetrwała kryzysu i w końcu została wykupiona przez Google. Jednak i pod skrzydłami tej firmy, nie za dużo udało się zdziałać, docelowo Google zostawiło sobie jedynie patenty Motoroli, a firmę odsprzedali chińskiemu Lenovo. Nokia również w swoim czasie był potęgą i był czas kiedy myśląc "telefon" mówiło się Nokia, być może ta wiara również była gwoździem do trumny firmy, kiedy to Nokia przespała smartfonowy boom i oprócz tanich modeli z klasyczną klawiaturą, nie miała za bardzo czego zaproponować wymagającemu już wtedy odbiorcy. Microsoft próbował podbić rynek Lumią, jednak nie do końca się to udało i w końcu sprzedali Nokie Foxconn-owi i teraz Nokia z modelami X, XL i X+ czyli smartfonami na Androidzie, być może budzi się do życia na nowo. Nowe modele Nokii mają się pojawić już w tym roku, więc zobaczymy. Być może będzie sukces. A Apple który swoim telefonem zmienił prawie wszystko na rynku telefonów komórkowych (mając oczywiście swój udział w pogrążeniu wspomnianych dwóch poprzednich firm), nadał kierunek w którym należy iść, zupełnie innym firmom takim jak: Samsung, HTC czy Sony, wyznaczył nowe standardy i w kwestii sprzętu i oprogramowania, choć według niektórych podobno "się kończy", ale tak "się kończy" od kilku już dobrych lat. W zeszłym roku minęło 5 lat od śmierci Steve-a Jobsa, a firma nadal ma się dobrze, nawet całkiem dobrze, będąc jedną z najdroższych firm na świecie, wyznaczała i wciąż wyznacza kierunek dla innych, nie tylko w dziedzinie telefonów komórkowych. Minęło 10 lat od pojawienia się "pierwszego iPoda z dużym wyświetlaczem kontrolowanym dotykiem", "komunikatora internetowego" oraz telefonu, a w wszystko w jednej obudowie. Choć tak naprawdę w zasadzie wszystko już wcześniej istniało u konkurencji, to jednak Apple zrobiło to tak, że przekonało użytkowników do używania właśnie ich produktu, a konkurencję skłoniło do naśladowania (często nieudolnego) i podążania za applowym tokiem myślenia.

Jeśli ta historia jest podobna do Twojej, albo zupełnie różna zapraszam do komentowania.


sobota, 31 grudnia 2016

Jak to się zaczęło? Czyli od Atari do Macbooka cz. 4 - Pierwszy Blaszak PC

Pierwszy blaszak PC

Koniec lat 90 i początek nowego wieku, jak napisałem w poprzedniej części, to w moim życiu okres gdzie zawsze znalazł się jakiś inny pomysł na ulokowanie własnych pieniędzy niż komputer, bo zawsze znalazł się jakiś „pod ręką”, więc pierwszym komputerem jaki „stworzyłem”, czyli wybrałem jego specyfikację, był nie moim komputerem. Komputer składałem dla ówczesnej mojej dziewczyny, która rozpoczęła studia i jej rodzice stwierdzili, że czasy tego wymagają żeby sprawnie posługiwać się komputerem, a żeby go poznać i sprawnie się nim posługiwać w życiu codziennym, to najlepszym rozwiązaniem będzie kupno komputera. Ponieważ opisy specyfikacji komputerów, te wszystkie cyferki i oznaczenia ze sklepowych gazetek, stanowiły pewnego rodzaju „czarną magię” i dla mojej dziewczyny, a tym bardziej dla jej rodziców, zostałem poproszony o pomoc w tej kwestii. 



Przykładowa gazetka z tamtego okresu z poszczególnymi elementami do zbudowania własnego zestawu:






Komputer „zaprojektowałem” uwzględniaj wszystkie możliwe wtedy multimedia. Nie tworzyłem go z myślą o super wydajności, czy wąskiej specjalizacji, a raczej z nastawieniem na wszechstronność i uniwersalność w każdej dziedzinie.



Na zestaw komputerowy składał się:



- Procesor AMD Duron 1000Mhz


- pamięć DDR 128 MB/PC266 

- Grafika GeForce2 MX400 64MB (TV-OUT)
- Dysk Seagate ATA100 - 40 GB (w wyjmowanej kieszeni)
- Napęd DVD firmy LG
- Nagrywarka CD-RW 16/10/40


Znalazłem nawet rachunek i kartę gwarancyjną z pełną specyfikacją tego komputera. 










Wszystko oczywiście w standardowej wtedy obudowie Codegen, i dodatkowo Skaner LG, DrukarkaHP DJ845C, Monitor 17” CRT SAMSUNG Samtron, oczywiście klawiatura myszka i głośniki.

Choć nie był to oczywiście topowy zestaw, lecz bardziej „maksimum możliwości bez utraty wydajności”, gdyż już wtedy w ofercie były i AMD Athlony XP 1800 i Intel Pentium 4 1,8GHz lecz same procesory kosztowały wtedy grubo ponad 1/4 tego zestawu, a ten zestaw kosztował całkiem niebagatelną wtedy kwotę (rok 2002) – 4279 zł. 


Była to maszyna, która miała służyć jako multimedialny kombajn i platforma do edukacji w kwestii obsługi komputera i poznania systemu (w tym przypadku był to Windows 98). Nie pamiętam już dziś, czy całość wybranych do zestawu elementów, była już skonfigurowana i gotowa do użycia po wyjęciu z pudełka, czy przez ten żmudny proces „wgrywania” sterowników i dodawania sprzętu w systemie musiałem przebrnąć sam.

Do zestawu włączony został również modem, aby można było poznać również „Co to jest ten Internet”. W tym czasie dostęp do internetu w domu to było raczej coś niezwykłego.

Głównym źródłem Internetu były wtedy kafejki internetowe, które nawet w tak mały mieście jak moje, wyrastały w tym okresie jak grzyby po deszczu. Jedna z pierwszych które pamiętam, znajdowała się właśnie w sklepie, w który wspomniany zestaw komputerowy został zakupiony (zresztą sklep jako jeden z niewielu które przetrwały w mieście działa do dziś). Pamiętam że „na internet” chodziłem również do biblioteki, która choć miała dostęp bezpłatny, to jednak ilość stanowisk i ilość chętnych powodował, że jednak częściej wybierałem opcję płatną :)

Internet w domu (mojej dziewczyny, gdyż tam stacjonował oczywiście złożony komputer) uruchamiany był bardzo rzadko i raczej na jakieś specjalne okoliczności. Pamiętam pisk modemu przy nawiązywaniu połączenia z numerem dostępowym 0202122 a potem czekanie na załadowanie się nawet najprostszej strony www. Koszt takiego połączenia uzależniony był od czasu połączenia z tym numerem, dlatego komputer pracował wtedy zdecydowanie częściej off-line niż on-line. Służył w zasadzie do tego do czego został „zaprojektowany” czyli był multimedialnym centrum, na którym oglądało się filmy oczywiście w formacie DivX, (pożyczane od sąsiadów na płytach CD-R). Służył również do kopiowania płyt audio, kopiowania filmów, ale również do gier. Nie pamiętam już teraz wszystkich tytułów, ale na pewno była ogrywana „przygodówka” A.D.2044, znana mi wcześniej z ATARI 65XE.

Był to jednak zdecydowanie okres kopiowania płyt audio z muzyką. Byłem wtedy zaocznym studentem Akademii Muzycznej i co zjazd następowała wymiana płyt z muzyką i ich kopiowanie. Jeździło się również „odwiedzić znajomego” zaopatrzonym w kilka zestawów czystych płyt CD-R (najczęściej był to EMTEC lub droższa wersja VERBATIM) i przy towarzyskich rozmowach, czy też wspólnym graniu na instrumentach, przy okazji kopiowało się trochę płyt. Czasem zabierałem również znajomych z płytami do mojej dziewczyny, gdzie również przy rozmowach kopiowało się płyty z muzyką, a ponieważ moja dziewczyna mieszkała 80 km od mojego miasteczka, była to najczęściej kilkudniowa wyprawa. 

Wspomniany komputer w końcu przeszedł z trybu off-line do on-line za sprawą „wyprowadzki” do akademika Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie Internet szerokopasmowy był standardem i modem został zastąpiony kartą sieciową. Jako że komputer został na stałe przypięty do internetu, został również przeprowadzony jego „lifting” Rozszerzona została na pewno pamięć, ale i chyba coś jeszcze w środku zostało zmienione. Największa zmiana była jednak widoczna z zewnątrz, a to za sprawą super futurystycznej, żółtej obudowy o nazwie NOSTROMO :)


a wyglądała tak (znalazłem oryginalne zdjęcia):




To również i dla mnie był okres częstszego korzystania z internetu, a ponieważ w domu nie miałem wtedy ani komputera, a tym bardziej internetu (poza WAP-em w komórce) często przyjeżdżałem do akademika, lub też wracając ze swoich studiów, po drodze wstępowałem na dzień lub dwa, aby „przypiąć się na stałe” do internetu. Pamiętam że nie spałem wtedy prawie w ogóle, tylko przemierzałem różne interesujące mnie zakątki światowej sieci www, ale również i sieć akademicką, wraz z udostępnionymi prywatnymi folderami jej użytkowników. Po kilku takich dniach spędzonych w internetowym „Matixie” w końcu musiałem wrócić, do zwykłej szarej codzienności w moim małym miasteczku, gdzie internet dozowany był przez szybko kończące się fundusze w internetowych kafejkach, czy wiecznie zajętych komputerach, we wspomnianej już wcześniej bibliotece. Ale to mi nie wystarczało i był to chyba początek wzmożonego myślenia, że może to już jest ten czas, aby mieć w końcu swój własny komputer. 

Ale o tym napiszę już w następnej części.

C.D.N


piątek, 18 listopada 2016

Rozważania o nowych produktach Apple, czyli o nowym iPhone 7 i Macbook-u Pro


Ostatnio brakowało mi czasu żeby usiąść do komputera i napisać kolejną część – Od Atari do Macbooka. Złożyło się na to kilka czynników, ale tym głównym był chyba wyjazd (a właściwie to wylot) za ocean. Do kraju w którym narodził się iPhone i całe Apple.
Dlatego postanowiłem że napiszę coś zupełnie innego, a mianowicie moje przemyślenia nad tym jak dziś wygląda firma Apple i o jej w zasadzie dwóch nowych produktach. O nowym iPhone-ie 7 i nowym Macbooku Pro.


Od kilku lat (właściwie to chyba od śmierci Steve-a Jobsa) co jakiś czas słyszę lub czytam gdzieś tekst - „Apple się kończy”, „Dzisiejsze Apple nie jest już dla odbiorców PRO” i tego typu podobne według mnie dyrdymały :) ale każdy może wyrazić swoją opinię dlatego i ja postanowiłem coś napisać w tej sprawie.

We wrześniu tego roku premierę miał kolejny iPhone tym razem z numerem 7 (którego jestem posiadaczem od ponad tygodnia), a kilka tygodni temu miał również premierę nowy Macbook Pro (którego nie planuję zakupić, może kolejny model dopiero, zważywszy na to że na początku wakacji stałem się posiadaczem teraz już poprzedniego modelu Macbooka Pro 13”) i zaraz po premierze jednego jak i drugiego produktu Internet zawrzał krytyką.

A to że „iPhone 7 został wykastrowany z gniazda mini jack”, „Nie da się podłączyć słuchawek i ładować telefon jednocześnie”, „Odgrzewany kotlet – nie ma w nim nic nowego”, czy „Że nie nadąża za konkurencją” , to tylko niektóre z tekstów które słyszałem pod adresem iPhone 7.
Tak jak napisałem wcześniej, jestem posiadaczem tego telefonu od ponad tygodnia i myślę że jest to telefon, z którego będę zadowolonym użytkownikiem przez kolejne dwa lata.
Mój cykl wymiany telefonów (od jakiegoś czasu są to tylko iPhone-y) to właśnie dwa lata, chyba że jak to miało miejsce, wydarzy się jakaś nieprzewidziana sytuacja (na przykład utopienia go w rzece).
Myślę że jeśli ktoś właśnie w takim okresie zmienia telefony na pewno odczuje zmiany w nowym iP7 tylko na lepsze. Może faktycznie nie wniósł za dużo zmian w porównaniu do iPhone 6s, ale nikt nie mówił że nowy iPhone będzie jakąś rewolucją lecz raczej ewolucją i ja tak właśnie to odczuwam. Natomiast dla mnie przesiadka z iPhone 6 na iPhone 7 jest rewelacyjna w codziennym użytkowaniu.

Sama decyzja zakupu iPhone 7 nie była taką po prostu, „muszę mieć nowego iPhone 7 bo tak i już” tylko nastąpiła po dłużnym procesie analizy czy na pewno go potrzebuję. Była również opcja zmiany na tańszego w zakupie iPhone 6s, jednak ostateczne za i przeciw wskazały na iPhone-a 7. Nie kupiłem go również za gotówkę w sklepie i nie mówię tu tylko o polskich sklepach, akurat tak jak wspomniałem, byłem w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie i choć ceny niższe również nie przekonały mnie do zakupu. Okazuje się że ceny w USA były zbliżone do tych z Allegro czy OLX. Mowa oczywiście o takich samych nowiutkich i jeszcze zafoliowanych iPhone-ach, które po prostu zostały zakupione przy przedłużaniu umowy z operatorem sieci komórkowej. Dlatego miały niższą cenę niż u polskich resellerów Apple, o nawet 650 zł (cena w iSpot – 3450 zł, cena na OLX – 2800 zł, znalazłem nawet za 2700 zł, a cena w Apple Store w Nowym Yorku to 650$ + TAX czyli trochę ponad 700$ przy obecnym kursie dolara 3,96 daje ponad 2700 zł ).


Akurat ja również mogłem zakupić telefon u operatora moje sieci komórkowej na preferencyjnych warunkach, dlatego postanowiłem zmienić mojego dwuletniego już iPhone 6 (zakupionego również przy przedłużeniu poprzedniej umowy z operatorem sieci komórkowej) i tak jak wspomniałem odczuwam zdecydowaną poprawę na lepsze, a to chyba w końcu o to chodzi.
Być może gdybym przesiadł się z iP6s na iP7 nie odczuł bym tego tak bardzo, ale pewnie będąc posiadaczem iPhone 6s nie kupowałbym dziś iPhone 7 tylko poczekał na iPhone 8.

Wracając jednak do wspomnianych „wad” nowego iPhone-a. Brak złącza mini jack. Jestem w stanie zupełnie żyć bez niego. W zasadzie nigdy nie używałem tego gniazda w poprzednich telefonach, generalnie nie słucham muzyki z telefonu, nie biegam również po lesie czy parku ze słuchawkami na uszach (bez słuchawek oczywiście też nie biegam), jeśli już używałem słuchawek to bluetooth-owych i słuchałem podcastów czy audiobooków. W tego typu nagraniach nie ma co liczyć na jakość Hi-Fi więc w zasadzie nie tracę na jakości. Nasze uszy również inaczej „słuchają” mowy (do której zostały przystosowane niż muzyki). Do słuchania muzyki używam raczej gramofonu na płyty winylowe lub iTunes w komputerze stacjonarnie, a do słuchania muzyki w „plenerze” używam starego iPoda Classic i wtedy oczywiście słuchawek na kablu, ale nie EarPodsów :)
W telefonie zupełnie nie potrzebuję gniazda słuchawkowego, więc ten argument o tragedii z powodu braku małego jacka zupełnie do mnie nie trafia. Co więcej myślę że to całkiem słuszny kierunek ze strony Apple. Mini jack choć popularny, ale nie jest jakimś super złączem. Już musiał zostać zmodyfikowany przez dodatkowy „ring” aby mógł obsłużyć mikrofon w zestawie słuchawkowym czy sterowanie poprzedni/następny czy głośniej/ciszej. Jego rozwój się skończył, nie da się go już raczej bardziej zmodyfikować, a nie ma nic gorszego niż brak rozwoju w technologii. Początkowo okres bez mini jacka dla rynku może być nieco trudniejszy, lecz myślę że wyjdzie on wszystkim na dobre. Nie zapominajmy że tak naprawdę to nie Apple było pierwsze w tej „kastracji”, wcześniej już zrobiono to w Lenovo Moto Z, ale chyba zaczyna być to trendem bo dziś znalazłem artykuł o HTC Bolt który również podąża tą drogą (Link do artykułu). Myślę że ten trend się utrzyma. Wcześniej Apple już miało kilka takich pomysłów, do wyrzucenia czegoś „bez czego nie da się zupełnie pracować” na przykład Złącza LPT czy RS232 zastąpiono jednym złączem USB (o tym jeszcze wspomnę w dalszej części, poruszając temat nowych Macbooków Pro) czy napędu z Macbooków Air a potem Pro i jakoś świat się nie zawalił, a wręcz przeciwnie mam wrażenie że poszedł krok do przodu. Apple jako jedną z niewielu firm stać było na ten czy poprzednie ruchy, a za chwilę pewnie stanie się to trendem i kierunkiem w rozwoju. To są oczywiście moje przemyślenia na ten temat, ale postanowiłem je również napisać dlatego, żeby za jakiś czas może przeczytać ten tekst i powiedzieć „a nie mówiłem” (a raczej napisałem).

Będąc jeszcze choć trochę w kategorii dźwięk, nie sposób nie wspomnieć o tym że nowy iPhone 7 ma głośniki stereo. Być może większość użytkowników nie odczuje zupełnie tego nowego zjawiska, ale dla mnie osobiście lepiej się słucha „przestrzeni” oglądając nawet jakiś filmik na youtube słysząc dźwięk skierowany „w dwoje uszu”, a nie tylko z jednej strony. Ale to w zasadzie szczegół, choć świadczy to tylko o tym, że taki do końca odgrzewany ten kotlet to nie jest :)
Kolejną rzeczą która również nie występowała w poprzednich generacjach iPhone-a to wodoodporność, która po przygodzie w rzece z jednym z moich poprzednich iPhone-ów była czynnikiem skłaniającym mnie jednak bardziej do zakupu iP7 niż iP6s.
Z „nowości” w iPhonie osobiście podoba się również nowy kolor czyli czarny.
Wcześniej oczywiście były iPhone-y w kolorze czarnym i z reguły taki kolor iPhone-a zawsze miałem ( i iP4 czy iP4s) to dwa ostatnie moje iPhone-y miałem w kolorze srebrnym (iP5) i w kolorze gwiezdnej szarość (iP6) bo czarnych nie było niestety i w końcu znów mogę mieć iPhone w tym kolorze (i to nawet matowym). Ale to akurat nie był decydujący czynnik czy kupić iP7 czy jednak tańszego iP6s.
Dla mnie również nowością w porównaniu oczywiście do mojego do iPhone 6 jest 3d-touch i po tygodniu użytkowania telefonu nie wyobrażam sobie żeby go nie mieć :)
Podobne odczucia miałem po zakupie Macbooka Pro z tą technologią w gładziku. Niby takie nic, a jednak ułatwia używanie komputera.

Co do działania samego telefonu i jego systemu nie mam zupełnie zastrzeżeń, wszystko działa tak jak należy, z odczuwalną poprawą prędkości wczytywania się aplikacji i szybszego ich działania.
Generalnie te wszystkie cyferki benchmark-owe czy jakieś wskaźniki pokazujące wydajność telefonów są według mnie zupełnie bez sensu :) ale jeśli ktoś lubi? Gdzieś przez przypadek trafiłem na film na youtube (Link do filmu), gdzie porównywano iPhone 7 z Samsungiem Galaxy S7. Oczywiście to dwa flagowce dwóch konkurencyjnych firm, ale chyba nic po za tym. To przecież dwa diametralnie różne telefony, różne pomysły, różne technologie, różne systemy. Poza tym że działają podobnie, różni je w zasadzie wszystko. Na szczęście prowadzący te testy nie zrobił podsumowania i wyboru tego jednego, jedynego najlepszego tylko pozostawił to odbiorcom, którzy prześcigali się za to w komentarzach, który to telefon jest lepszy, który ma więcej czego, który to potrafi otworzyć aplikację szybciej, który to, a który tamto robi lepiej. 
Dziś wydaje mi się to zabawne, natomiast przypomina mi to czasy "wojny" na przykład ATARI 65XE vs. COMMODORE C64, czy AMIGA vs. ATARI ST. Kiedyś, nie ukrywam, również interesowały mnie te wszystkie cyferki w komputerach, tyle a tyle RAM-u, czy takie a takie taktowanie procesora, odkąd jednak kupiłem sobie mojego pierwszego Macbooka, przestało mnie to zupełnie obchodzić. Jeśli coś działa dobrze, to jakie ma znaczenie, ile ja mam rdzeni procesora czy, jaką tam rozdzielczość może osiągnąć moja karta grafiki. Ktoś powie że karta graficzna ma znaczenie na przykład w grach, ale do grania również używam wyspecjalizowanej maszyny, czyli XBOX-a i mało interesuje mnie ile linii wyświetla grafika XBOX-a na telewizorze. Nie ma to dla mnie znaczenia, gdy gra przynosi radość -„Fun”. Może to kwestia tego że wychowałem się na grach 2D w niskich rozdzielczościach, złożonych z kropek i kresek, ale większe znaczenie miała tzw. "miodność" gry a nie jej grafika, czy fajerwerki efektów wizualnych. 
Wracając jednak do iPhone-a jakie to ma znaczenie ile rdzeni ma jego procesor i ile posiada pamięci, ważniejsze jest jak sobie z tymi parametrami poradzi system operacyjny i jeśli użytkownik będzie zadowolony z działania i wszystko będzie działało tak jak należy, to dla mnie mogą tam wkładać nawet Z80 i 48 kB RAM-u. A tak jak wspomniałem wcześniej, poprawiło się działanie nowego iOS10 na iPhone 7 w porównaniu z iOS9 na iPhone 6.
Gdybym przesiadał się z iPhone 6s na iPhone 7 to pewnie miałbym inne wrażenia co do wydajności i tych wszystkich nowości, ale tak jak napisałem wcześniej pewnie posiadając iPhone 6s poczekałbym dopiero na premierę iPhone 8 (bo podobno iPhone 7s nie zaistnieje).

To tyle w temacie telefonu, teraz opiszę kilka moich spostrzeżeń na temat nowego Macbooka Pro

27 października Apple zaprezentowało nowe flagowe laptopy z serii Pro, odświeżając je po dwóch i pół roku i tu również po konferencji przez Internet przelała się fala „hejtu” na te produkty.
Tylko ma gniazda USB typu C, nie ma żadnego innego złącza”, „To nie są komputery dla użytkowników PRO”, „Nie ma złącza MagSafe”, 'Słaba karta graficzna”, „Nie ma ekranu dotykowego tylko jakiś Touch Bar i czy to coś się sprawdzi” i tradycyjne że za drogie i że Apple się "kończy" tego i podobnego typu komentarze można było znaleźć wszędzie.

Nie miałem styczności z tym komputerem więc nie wypowiem się zupełnie na temat jego wad czy walorów użytkowych. Natomiast moje zdanie na temat zastosowania wyłącznie złączy USB typu C, jest takie że to kolejny krok Apple który wymaga czasu, i na ochłonięcie hejterów i na wdrożenie przez producentów nowego złącza w swoich produktach. Myślę również że za chwilę cała masa producentów komputerów zastąpi „stare” USB tylko nowym złączem USB-C i będzie podobnie jak pożegnaniem złączy LPT czy RS232 :) Za to nowy standard oszczędzi nam (mi na pewno) klęcia za każdym razem gry próbuję wcisnąć po omacku wtyczkę do gniazd USB odwrotnie.
Tak jak wspomniałem myślę że to okres przejściowy, albo lepiej nazwać go „okresem przejściówkowym” bo producenci przejściówek z USB-C na stare złącza teraz mają dobry czas, jednym z nich oczywiście jest też Apple :) które ma rozwiązania tego problemu jednak w dość wygórowanych cenach. Ale za chwilę na pewno pojawią się jakieś dalekowschodnie tańsze rozwiązania.
Ja również kupując (teraz to już poprzedni model) Macbooka Pro miałem dylemat z przejściówkami. Moj jeszcze wcześniejszy model Macbooka Pro (ostatni z napędem SuperDrive i bez Retiny) miał złącze Fire Wire którego używam do podłączenia z interfejsem audio, a mój obecny już go nie ma i oczywiście dało się go podłączyć przez przejściówkę, żaden w zasadzie problem, jedynie to koszt dodatkowy w postaci 129 zł.
Ale nad czym tu tak naprawdę płakać. Wszystko działa jak dawniej.
Idealnym rozwiązaniem jest na przykład Thunderbolt 2 Expres Dock HD firmy Belkin, troszkę droższy niż zwykła przejściówka, ale nie dosyć że rozwiązuje wszystkie problemy złączy, to jeszcze lepiej wygląda podłączony do Macbooka niż inne tańsze przejściówki spełniające te same zadania.
Dlatego płacz nad nowym standardem jest z mojego punktu widzenia tylko chwilowy, lub przejściowy.
Kolejna sprawa która mnie w zasadzie bawi, czyli tekst że Apple zapomina o użytkownikach PRO i nie dla nich jest ten komputer. Zastanówmy się kim dziś jest użytkownik PRO z perspektywy Apple, choć nie koniecznie tylko z tej perspektywy. Użytkownik PRO to ten któremu komputer służy do pracy (a nie jako produkt hobbystyczny) i na nim zarabia pieniądze, a potem te pieniądze wydaje na kolejny nowy produkt Apple.
Znam dużo użytkowników produktów Apple tzw. „Pro”, może zawężając do branży muzyków, realizatorów audio i tego typu pokrewnych zawodów i choć są użytkownikami używającymi produkty Apple to na pewno nie są dla Apple rynkiem zbytu.
Kupili jakiś czas temu komputer, oprogramowanie i peryferia do swoich komputerów i im wystarczy to spokojnie na mniej więcej 5-10 lat. W wielu studiach nagraniowych można znaleźć stare blaszaki Mac-ówPRO czy nawet jeszcze Power Mac-i (tych ostatnich jest już oczywiście niewiele ale jeszcze można spotkać) a na nich zainstalowana jakaś stara wersja na przykład ProToolsa 6.8.(a dziś mamy 12). Oczywiście że będzie to działać, a nawet można mieć mniej problemów, niż zmieniając co chwilę system.
Przyzwyczajenie to nasza druga natura, a jak wiemy kilkukrotnie Apple zafundowało nam zmiany, nie tylko w systemie ale i w swoich aplikacjach Pro które mogły zniechęcić „starszych” użytkowników. Rzadko też spotykam muzyka z najnowszym czy nawet poprzednim Macbookiem Pro na scenie. Często są to jeszcze nawet białe (lub czarne) Macbooki bez napisu Pro i też to wszystko im działa i jest stabilne. Oni nie potrzebują (lub nawet nie znają nowości pojawiających się w coraz to nowszych systemach). To również sprawka tego, że cykl zmiany systemu następuje za według mnie troszkę za szybko, ale taki jest rynek i nic na to nie poradzimy. Po zmianie swojego Macbooka również miałem dylemat czy instalować najświeższy system na którego jeszcze nie było ProToolsa, czy zainstalować jednak poprzedni system i ProToolsa. Ostatecznie zdecydowałem się na najnowszy system Apple i zmianę DAW z ProToolsa na Pre Sonusa One. Nie jest on obecnie moim głównym narzędziem pracy, więc sobie bez niego jakoś poradzę, a skoro AVID nie jest w stanie napisać na czas swojego nowego "flagowca audio" to jesteśmy trochę "pogniewani". Do "plenerowych" sesji nagraniowych, mogę użyć wspomnianego PreSonusa One, lub ostatecznie przeinstalować nawet system, choć jak do tej pory radzę sobie bez tej ostateczności :) tak że się da :)
Nie wiem dokładnie jak wygląda sytuacja w branży grafików, ale myślę że podobnie, jeśli stworzyli sobie już jakiś "zestaw narzędzi" to pewnie z niego będą korzystać przez dłuższy czas, a nie wymieniać komputer co roku. Może trochę inaczej jest w branży developerów, choć w zasadzie, im jest potrzebny najnowszy system operacyjny a nie najnowszy komputer, a wielu wystarczy nawet 12” Macbook lub też wcześniejsze modele Macbooków Pro.

Apple jest firmą nastawiona na zarabianie pieniędzy, dlatego myślę że jeśli klientami którzy kupują ich najświeższe produkty to na przykład "Hipsterzy lansujący się w Starbucksie" to będąc na ich miejscu, właśnie dla nich projektowałbym kolejne modele komputerów czy telefonów, a nie dla tych którzy używają komputerów przez 5 czy 10 lat. Tak to niestety wygląda. Kiedyś może było inaczej, ale czas nie stoi w miejscu i pewne rzeczy się zmieniają, czasem "stety" a czasem niestety, ale tak po prostu już jest.

Jeśli chodzi o brak ekranu dotykowego, również jestem w stanie to zrozumieć, nie tafia do mnie "mazanie paluchami" po ekranie skoro mam do tego rewelacyjny gładzik. Z punktu widzenia Apple – do "mazania paluchami" po ekranie mamy iOS, natomiast do MacOS-a używamy, klawiatur i gładzika (zresztą moim zdaniem rewelacyjnego i potrafiącego zastąpić dotykowy ekran). Pojawił się co prawda Touch Bar, ale nie na ekranie, tylko w miejscu klawiszy funkcyjnych, więc ekran nadal nie będzie umazany odciskami palców :)
Przynajmniej produkty Apple nie mają nazwijmy to „problemu z tożsamością” :) czy tablet już jest komputerem, czy tabletem, jak w przypadku Surface od Microsoftu. Ale to również moje spojrzenie, na problem braku ekranu dotykowego w komputerze i komuś może go akurat brakować, nie wnikam, nie neguję, mi go zwyczajnie nie brakuje.
MagSafe – po którym nie będę w zasadzie płakał, mimo swoich zalet. Każdy z moich poprzednich Macbookow miał problem z tym złączem, coś zawsze nie łączyło dokładnie i trzeba było poruszyć wtyczką, „po złapaniu” magnesu. Same wtyczki zasilaczy nie były również idealną konstrukcją, pierwszy rodzaj wtyczki wygnał przewód w taki sposób że w końcu przestawał łączyć, a drugi również nie do końca się sprawdzał z prowadzeniem kabla, „zawsze za komputer” (przyłączenie go w odwrotny sposób było możliwe, jednak skutecznie zasłaniało dostęp do innych złączy obok). Obecnie mam MagSafe2 wzorowane troszkę na pierwszym modelu wtyczki i jak na razie nie mam z nim większych problemów (może jeszcze za nowy), choć prowadzenie kabla według mnie nie jest najlepszym rozwiązaniem. Natomiast co złącza w nowym Macbook-u Pro USB typu C nie mogę się za bardzo wypowiedzieć, gdyż nie posiadam na razie żadnego urządzenia z tym złączem, więc nie znam ich ani zalet, ani wad, natomiast tych którzy „płaczą” że można pociągnąć i zrzucić laptopa gdyż kabel się wpina, to jest już rozwiązanie tego problemu. Widziałem już wtyczkę wpinaną do komputera i spiętą magnetycznie z dalszą częścią przewodu. Natomiast z zalet które mi przychodzą do głowy to to że w końcu będziemy mogli zabierać jeden zasilacz dla wszystkich naszych urządzeń Apple :)

Zostając jeszcze w temacie złączy, jedyna rzecz której Apple nie do końca chyba przemyślał to to, że nie da się podłączyć bezpośrednio wyjętego z pudełka nowego iPhone 7 do nowego Macbook-a Pro :) nie mamy takiego kabla, ale tak jak napisałem na początku, jesteśmy obecnie w „czasach przejściówkowych” więc i tym sposobem da się to rozwiązać, natomiast nie ukrywam że jest to „słaba sytuacja” ze strony Apple. Na pewno nie wpadli na pomysł zastosowania tylko gniazd USB typu C w nowym Macbooku tak nagle i dopiero po premierze iPhone 7. Mogli by chociaż do Macbooka Pro dołożyć kabelek USB-C na Lighting :) w gratisie a nie za 99 zł :) Rozumiem że tak jak napisałem wcześniej Apple jest firmą nastawioną na zarabianie pieniędzy, no ale mogli by zrobić „prezent” przynajmniej tym którzy kupili i nowego iPhone-a 7 i nowego Macbook-a Pro.
Ten problem, jak i to że nowy Macbook Pro posiada tylko złącza USB-C można oczywiście rozwiązać przy pomocy przejściówki-adaptera zmieniającego USB-C w USB, którą znalazłem na allegro.pl w cenie 4,49 zł. Nie jest to raczej wygórowana kwota, za coś co rozwiązuje kilka "poważnych" problemów, jednak miło by było otrzymać o Apple wspomniany wcześniej „prezent” lub chociażby tego typu przejściówkę za darmo :)

Tu dochodzimy do również do tematu cen obu tych produktów, na których temat nie będę się wypowiadał :) bo każdy chyba wie czy chce wydać taką kwotę na sprzęt z tym logo, czy nie. Dla jednych to oczywiście będzie dużo dla innych bardzo dużo, dla jeszcze innych będzie to po prostu opłacalne jak w przypadku firmy IBM. (http://www.spidersweb.pl/2016/10/ibm-komputery-apple-mac-windows.html)

Podsumowując według mnie Apple wciąż, nawet bez Steve-a ma jakiś określony kierunek rozwoju, natomiast nie jest on podyktowany jego gorącymi pomysłami, lecz obecnie raczej chłodną kalkulacją rady nadzorczej firmy. Ale jak widać nie brakuje im czasem tzw.”jaj” żeby wywrócić rynek (w tym przypadku złączy) i myśleć wciąż inaczej (Think Diferent) niż inni :)

Jeśli masz podobne, lub może zupełnie inne zdanie na ten temat zachęcam do dyskusji w komentarzach.